


rewolucja.23 lutego 2012
Kolejny nieświeży poranek. Noc daje o sobie znać, nie całujemy się przed umyciem zębów. Nie myjemy zębów przed włączeniem komputerów. Dopiero kąpiel wyraźnie poprawia na chwilę poziom życia i naszego libido.
Nigdzie nam się nie spieszy, wyganiamy powoli senność uchylonym oknem.
Podskoczyliśmy równo, kiedy kolejny upośledzony gołąb uderzył głucho w szybę. Wyłożył się martwy na balkonowej posadzce wykręcając śmiesznie w powietrzu swoje suche, ptasie nóżki.
Twoja kolej. odzywam się pospiesznie, żeby obowiązek sprzątnięcia nieżywego gołębia znów nie spoczął na mnie i zerkam z obrzydzeniem w stronę balkonu.
Następne godziny upływają na gorliwym kończeniu dawno rozpoczętych projektów i wieczorem, sfrustrowani że marzec zlał się z październikiem, wyciągamy następną butelkę wina. Parę razy uzupełniamy nasze zapasy, zgarniając po drodze zaprzyjaźnionych sąsiadów, którzy nigdy nie przychodzą z pustymi rękami. Szuramy krzesłami, wymieniamy nieistotne, grzecznościowe zwroty. Z każdym łykiem jesteśmy sobie coraz bliżsi i coraz bardziej kreatywni. Powoli zaczynamy się buntować, wspinamy się na wyżyny świata wirującego winem i sprezentowanym nam koniakiem. Planujemy zmiany, krzyczymy, śmiejemy się, płaczemy, geniusz naszej pomysłowości sięga zenitu. Goście się rozchodzą, zamieszanie przy drzwiach budzi psa niezaprzyjaźnionego sąsiada. Pies sąsiada budzi sąsiada, który grozi nam policją, grozi eksmisją, grozi swoją żoną.
Stoję w łazience. Moja twarz kręci się w przeciwną stronę, niż lustro. Widzę trzy siwe włosy i dwie nowe zmarszczki.
Jeszcze chwilę, ostatkiem sił walczymy w łóżku, zbyt pijani na zwycięstwo.
Powstanie dobiega końca, trzeba kłaść się do snu. Budzi nas nieświeży poranek, czekają rozpoczęte projekty, czeka czynsz i czeka reszta życia.
miłość. [aby powiększyć, kliknij w obrazek]17 stycznia 2012












