dobra nowina!
29 sierpnia 2014

Zapraszam wszystkich pod nowy adres: 75b.com.pl

Kochani!
Strona 75b doczekała się własnej domeny, powoli przenoszone jest archiwum i trwają ostateczne poprawki.

Zapraszam wszystkich pod nowy adres: 75b.com.pl

Z okazji tego święta w przyszłym tygodniu spodziewajcie się nowego wpisu.

Pozdrawiam!
A.





klient-mój-pan, krótka historia oparta na faktach.
19 lipca 2014

Zapraszam wszystkich pod nowy adres: 75b.com.pl

Siedzę sobie legalnie w naszym biurze, spokojnie rysując jakieś kreski, rzuty i przekroje, gdy wchodzi nagle w przykrótkich spodniach, skrupulatnie zaprasowanych na kant sumiasty gość. Urodę ma zupełnie wyjątkową, jest wykapaną, zeuropeizowaną wersją Kesuke Miyagi (tego dziada z jakiegoś Karate Kid czy innego amerykańskiego badziewia o walecznych Japończykach).

Więc pytam grzecznie, czy mogę w czymś pomóc.
- Czegooo?! - z charakterystycznym akcentem małomiasteczkowych przybyszów pyta koleś. - Czy mogę w czymś pomóc - powtarzam, z całych sił starając się trzymać fason i wymuszam piękny, szeroki uśmiech.
- Szukam czegoś na okno.
- Świetnie pan trafił, nasze biuro zajmuje się również szyciem, na przykład rolet rzymskich, zasłon...
- Czegooo?!
- Nasze krawcowe szyją zasłony - nie wiem jeszcze, czy jest bardziej głuchy, niż głupi, czy może wręcz odwrotnie, wiec na wszelki wypadek zaczynam głośniej i zwięźlej układać zdania. - Poszukam czegoś dla Pana, gdy przybliży mi Pan swoje oczekiwania. - mówię to wszystko tonem bardzo doświadczonej sprzedawczyni zasłon, he-he.
- Zielone. - opisuje mi swoje wymarzone zasłony Kesuke Miyagi.
- Jakiś konkretny materiał? Wzór? W kwiaty? W pasy?
- Pasy mogo być.
Wyciągam pasy.
- Co takie pstrokate, te pasy, wcale nie chcem pasów i co to w ogóle za materiał, taki szlachetny ma być! - zezłościł się lnem nie na żarty.
Wyciągam aksamit, gładki na wszelki wypadek.
- Co taki minki?! To plusz jakiś przecież! - coraz bardziej irytuje się stary.
- Tak, mówił Pan o bardziej szlachetnym... - Mam w tym momencie jedno jedyne marzenie, pragnę zamknąć biuro i iść na przerwę.
- Chcem, ten taki... jedwab - opowiada mi coś jeszcze i że "szlaczek ma być wypukły", tłumaczy z wielkim znawstwem. Wyciągam jedwab, pokazuję haftowany. Pyta o cenę, cena jest wysoka, materiał markowy, wspaniały gatunkowo. Koleś patrzy jak wryty, zapowietrza się trochę.
- Co ten materiał z Marsa spad?! Z MAAARSA siem pytam?! - dumny ze swej górnolotnej ironii, powtarza ją jeszcze dwa razy.
- Znacznie bliżej, proszę Pana, z Wielkiej Brytanii. Ale to markowy materiał. - pół kpiąc, pół kipiąc ze złości odpowiadam tej pensjonarskiej gębie.
- Co z Wielkiej Brytanii?! Co z Wielkiej Brytanii?! Ja tej marki wcale nie znam! Ja nie bede za to płacić!!! - Krzyczy na mnie, jakby mnie właśnie przyłapał z dłonią w jego obleśnych kalesonach, wąs mu się nastroszył, policję prawie chce tu na mnie nasyłać. Poziom absurdu sytuacji wymyka mi się spod kontroli.
- Panie, co ja panu zawiniłam, że pan marki nie zna. Do Ikei pan pójdzie, tę markę pan z pewnością zna, albo do Karfura - plącze mi się język - znaczy do tej, do Kastoramy - układam plan, jakby tu niepostrzeżenie wrócić do moich kresek, rzutów i przekrojów - tam pan ma tanio, wedle woli, pan na mnie nie krzyczy. - To ostatecznie wyprowadza go z równowagi, tkaniny z Marsa, marki, których nie zna i moja niesubordynacja doprowadzają go do spazmów
- Ja, psze pani, ja wieeem, że tacy zwykli sprzedaaawcy jak pani nie ustalają cen! - trzęsie się cały patrząc na mnie pogardliwie, bełkocze coś jeszcze przez chwilę niemal tocząc pianę z ust. Postanawiam zostawić go na pastwę jego własnych spazmów i tej targającej nim pogardy.

Widząc to, Kesuke Miyagi poprawia kant na spodniach i prostuje się nagle.
- To pomyłka, niczego TU... dla mnie nie ma. - mówi obrażonym, dumnym tonem, robiąc po "tu" krótką pauzę sugerującą skrajną odrazę. Czeka jeszcze chwilę, aż go zatrzymam, aż zacznę walczyć o tak ważnego klienta, jakim jest on, europejski Kesuke Miyagi z prowincji, szanowny poszukiwacz jedwabiu. Kiedy jednak mówię mu uprzejmie, że do widzenia i zapraszam ponownie, odwraca się na pięcie i twardo stawiając kolejne kroki zerka na mnie z ukosa z nadzieją, że może chociaż zapłaczę z żalu i skruchy, że przeze mnie już odchodzi. Na koniec przewidywalnie trzaska za sobą drzwiami, on, klient-mój-pan, tak okrutnie niesprawiedliwie potraktowany przez zwykłego sprzedawcę i złodzieja jego własnej, wychuchanej pensji.





bełkot numer pierwiastek
z tysiąca trzystu dwudziestu dziewięciu.

16 lipca 2014

Zapraszam wszystkich pod nowy adres: 75b.com.pl

Obudziliśmy się wcześnie, zaskakująco bardzo cieszyły nas poranki, które do tej pory bez żalu przesypialiśmy zmęczonym snem, przesyconym zakurzoną, hałaśliwą nocą. Słońce rzucało cienie na dębową podłogę, ale wciąż jeszcze pachniały późno zgaszone świece i ja cała przepojona byłam nami.

W oknie rozciągał się widok na dachy miasta, jestem pewna, że wywoływał w nim tę samą tkliwość, co we mnie. Obserwując, zazwyczaj dostrzegaliśmy te same detale i niczego sobie nie tłumacząc, równocześnie wybuchaliśmy śmiechem, lub prześcigaliśmy się w kpiarskich docinkach. Widziałam w jego wzroku swój własny dosyt a i on sam wyglądał, jak gdyby po raz pierwszy prawdziwie znalazł wewnętrzny spokój. Nigdzie się nie spieszyliśmy, odwlekaliśmy moment rozłąki, choć nie miała trwać nawet trzech godzin. Wstawaliśmy powoli, powoli jedliśmy śniadanie i powoli snuliśmy przypuszczenia. Wszystko należy robić powoli.
Drażniły się z nami brzydkie gołębie, rozbijały skrzydłami o parapet, więc dla żartu strzelaliśmy im w ogony z pistoletu na kulki. Pamiętam, że chciałam wtedy stanąć w oknie i wołać z góry do tych gołębi, do ludzi i kamienic, że już nigdy nie będę szczęśliwsza.
Za każdym razem żegnając się w drzwiach, żegnałam się z nim tak, jakbym miała go już więcej nie zobaczyć. A potem biegłam, by jak najprędzej załatwić wszystkie swoje sprawy i znów być blisko.

A teraz ponownie śniła mi się jego postać pochylona nad dzisiejszą gazetą, którą kupiłam mu po drodze wracając z pracy. Przeszył mnie nieprzyjemny dreszcz. Poirytowana wyszłam z pościeli, wyjęłam z lodówki resztkę taniego dżinu, który został po którejś z ostatnich szemranych nocy i przelałam połowę do szklanki. Wypiłam wykrzywiając twarz jak demoniczna rynna gotycka, bo nie było już nic do popicia. Zamknęłam oczy, żeby sprawdzić, czy jeszcze tam jest. Był, patrzył teraz na mnie przeszywająco, więc wypiłam to wszystko do dna dławiąc się ostrym smakiem, wynoś się wreszcie.





bajka kryminalna.
25 czerwca 2014

Zapraszam wszystkich pod nowy adres: 75b.com.pl

Było wczesne popołudnie, Filip siedział na tarasie rozparty w rattanowym fotelu, nogi miał wyciągnięte na stół, na czole rysowało się bruzdami ogromne skupienie. Podwinięte rękawy pięknej, bawełnianej koszuli w drobne paseczki odsłaniały jego przedramiona, których widok przyprawiał mnie o prawdziwy zawrót głowy. W całej jego sylwetce, jego twarzy, bujnej, czarnej fryzurze i w każdym innym jego detalu krył się jakiś mistycyzm, coś, co prawdziwie mnie hipnotyzowało. Patrzyłam na niego w błogim zachwycie, kiedy na dole odezwał się telefon. Filip ocknął się z zadumy, zerwał się z fotela przewracając stolik i pobiegł odebrać.

Chwilę później wrócił na taras i chwycił mnie w uniesieniu za ramiona.

- Nareszcie! Będziemy bogaci - wyszeptał mi do ucha - obłędnie... bajońsko... niedorzecznie... bogaci! - wymieniając tak, całował mnie po szyi przy każdym wypowiadanym słowie. Wydawał się być tak pewny swojego nagłego zarobku, że padł na mnie jakiś cień niepokoju. Kochałam tego człowieka na wskroś, za każdą jego wadę i zaletę, za każdy szczęśliwy i posępny dzień, za wypowiedziane i przemilczane słowa i mogłabym w nieskończoność wymiotować tą ohydną, rzewną wyliczanką, dlatego ów niepokój złamał mnie zostawiając setki najeżonych drzazg, które miałam za chwilę wbić w świadomość Filipa.

Nigdy dotąd nasze relacje nie wymagały żadnych tłumaczeń, nie było w nich pretensji i chorobliwych wyjaśnień. Tym razem jednak po raz pierwszy poczułam, że gniewam się na niego, co było doznaniem eufemistycznie ujmując: dziwacznym, i przysięgam, że nigdy więcej nie chciałabym go doświadczać.
- O czym ty mówisz, nic nie rozumiem! - Serce dudniło mi w przypływie furii. Spojrzałam groźnie, a był to wzrok, którego Filip nie znał i którego najwyraźniej się bał, bo aż jęknął przytłoczony ciężarem tego spojrzenia.
- Wyjaśnię Ci potem, teraz musimy ruszać, prędko! - zawołał ryzykancko, bo nie miał żadnej gwarancji czy rzeczywiście zechcę z nim pojechać. Każde z nas było kompletnie niezależnym bytem, indywidualnym, silnym i odrębnym. Jednak łączyło nas coś tak nierozerwalnego, że choć nigdy nie padła żadna obietnica, czy deklaracja, byliśmy bardziej sobie oddani, niż wszystkie suto opite na weselach małżeństwa razem wzięte. Ale niepojęty lęk przed zniknięciem któregoś z nas paraliżował obie strony równie bezwzględnie. - Przecież mi ufasz? - dodał tym razem bardzo niepewnie. Ufałam mu bezgranicznie w każdej innej sytuacji, teraz jednak miałam z tym niemały kłopot. Bałam się o niego, bo wiedziałam z jakimi ludźmi utrzymywał stosunki. Przeszył mnie dreszcz na myśl o wszystkich matactwach i bezlitosnych konsekwencjach, jakie kryją się za tym "obłędnym, bajońskim i niedorzecznym" bogactwem. Zaraz potem moje spojrzenie złagodniało i Filip odetchnął nieznacznie.

Wprawnym ruchem założył marynarkę i chwilę później siedzieliśmy w samochodzie. Ruszyliśmy gwałtownie w dół ulicy Jedwabnej. Jak Bonnie i Clyde, pomyślałam chełpliwie. Środkiem, dzieląc drogę na dwie jezdnie, ciągnął się szpaler akacji, zacieniający poustawiane między nimi ławeczki. Jaka piękna sceneria dla nadchodzącego dramatu!

- Mów. - Odezwałam się cicho.
- Jeszcze nie. - Po czym wnętrze samochodu wypełniła napięta cisza.

Z Jedwabnej skręciliśmy w stronę centrum, dotarliśmy na Ostrą, a ta wyprowadziła nas na plac Poniatowskiego. Objechaliśmy plac i zatrzymaliśmy się na parkingu. Filip otworzył mi drzwi i pomógł wysiąść z samochodu. Wyglądaliśmy bajecznie, jak świeżo skrojona okładka znanego żurnalu. Ludzie nie mogli oderwać od nas wzroku, kobiety z zazdrości marszczyły wymalowane brwi, mężczyźni pogwizdywali cichutko z uznaniem. Otaczała nas jakaś nieuchwytna aura, która była czymś więcej, niż tylko estetyczną powierzchownością, ale do takich wniosków dochodzili tylko nieliczni, bardziej wrażliwi obserwatorzy.
Przystanęliśmy przy pustej, mocno nadwyrężonej czasem kamienicy. Popękane stiuki, powybijane szybki w drzwiach, powyrywane balustrady. Wspinaliśmy się na czwarte piętro, bolesne skrzypnięcia schodów gwałciły brutalnie ciszę. Weszliśmy do jednego z mieszkań, drzwi były otwarte.

- Kocham Cię jak nigdy nikogo już nie będę kochał - powiedział nieoczekiwanie Filip. Obok bezdennej szczerości, był w tym wyznaniu jakiś niepokój. Napięcie sięgnęło zenitu, targało mną niedobre przeczucie, które nie pozwalało mi cieszyć się tym ważkim oświadczeniem. Rozejrzałam się. Staliśmy w długim, ciemnym korytarzu poprzetykanym starymi drzwiami do szaf i sąsiednich pomieszczeń. Kurz i przykry zapach wilgotnej pleśni drażnił nosy.
Filip ujął mnie pod ramię i poprowadził korytarzem do drzwi po prawej. Za drzwiami kiedyś prawdopodobnie znajdował się salon, dziś był tam tylko pusty pokój i wybite okno balkonowe. Skrawki szkła chrzęściły pod stopami. Widok stąd był ujmujący, miasto pozdrawiało mnie nadrzecznym parkiem i daszkami niższych kamieniczek w oddali, a ludzie przechadzali się majestatycznie ulicami. Przypuszczam, że w normalnej sytuacji zachłysnęłabym się wdziękiem tego miejsca, zakochała w ponurym mieszkaniu, skrzypiących schodach i popękanych stiukach, ale teraz wszystkie te uroki budziły we mnie lęk, nie zachwyt. Filip był zupełnie blady. Wpatrywał się we mnie obłąkańczo, prawie nie mrugając.
Zaraz zrobi mi jakąś krzywdę, przeszło mi przez myśl i przestraszona cofnęłam się dwa kroki. Zastrzeli albo wypchnie przez to okno, dlaczego tak patrzy i zacięcie milczy?
- Skąd te pieniądze? - załkałam - Wcale ich nie chcę, Filipie, co narobiłeś? Co zamierzasz zrobić? - zachwiałam się jak pijana, schowałam w dłoniach twarz i zaczęłam płakać. Przez palce widziałam jak Filip sięgnął drżącą ręką pod klapę marynarki. To koniec, zamknęłam oczy, wyobraziłam sobie wycelowaną we mnie lufę staromodnego Colta, w końcu jeśli już muszę zginąć w tym pustostanie, niech chociaż ginę z klasą. Czas mijał, a ja wciąż żyłam. Otworzyłam zdziwiona oczy, a on stał przede mną przejęty i drżący, trzymając w dłoniach dwie kieszonkowe lornetki.

- Właśnie dostałem telefon, wykluły się młode, Łęczak Tringa glareola, bardzo rzadki gatunek. Takie bogactwo doświadczeń! - wręczył mi jedną z lornetek i pociągnął za sobą do okna. - Ooo, stąd widać je doskonale.

Mówię wam, nigdy nie wiążcie się z ornitologiem.





< starsze